Jak walczyłam z muszkami owocówkami?

Z czym kojarzą się Wam wakacje? Nawet nie tylko wakacje ostatnie 2-3 dni upalne dni?
W moim przypadku to oczywiście słońce, plaża, więcej czasu wolnego, olejek do opalania, rozpaczliwa próba pozbycia się wystającego brzucha przed wypadem nad jezioro i… muszki owocówki. Znacie je? Ja borykam się z nimi przynajmniej raz każdego lata, choć co roku obiecuje sobie, że tym razem będę już wyjątkowo ostrożna, a latające paskudy nie otrzymają zaproszenia do mojej kuchni. Pojawienie się problemu jest znacznie łatwiejsze niż mogłoby się to wydawać wielu osobom, czasem mam bowiem wrażenie, że wystarczy sok owocowy i uchylone okno. O ile jednak muszki owocówki znane są z tego, że natychmiast zaczynają się czuć w mieszkaniu, jak u siebie w domu, o tyle pozbycie się ich z domu okazuje się nie lada wyzwaniem. Skoro jednak już wpadły, należy dać im do zrozumienia, że nie jest to najlepsze miejsce do zamieszkania.

Po pierwsze – sprzątanie
Zazwyczaj jestem gorącą zwolenniczką powiedzenia „co masz zrobić dziś, zrób jutro, będziesz miała dzień wolny”, ale w przypadku muszek owocówek opieranie się na tej zasadzie jest chyba najgorszym, na co można się zdecydować. Sama pojedyncza mucha nie jest jeszcze problemem, możemy bowiem zmusić ją do opuszczenia domu albo, z braku innych środków perswazji, zakończyć jej żywot. Problem pojawia się wtedy, gdy muszek jest więcej, a do tego zdążą złożyć jajka, z których wylęgnie się ich potomstwo. W takim przypadku może się okazać, że nie mieliśmy do tej pory pojęcia, czym są prawdziwe problemy.
Działanie powinno być więc nie tylko szybkie, ale i skuteczne. Nie ma zatem innego wyjścia – trzeba wziąć się za sprzątanie. Usunięcie z pola widzenia muszek wszystkich psujących się albo po prostu przekrojonych owoców, wydaje się czymś oczywistym, nazwa tych miłych gości nie pojawiła się bowiem przez przypadek. Należy jednak liczyć się z tym, że takie działanie, choć pożądane, nie będzie skuteczne. Tak naprawdę, jedynym rozwiązaniem, które może zagwarantować sukces jest sprzątanie i to nie sprzątanie przypadkowych miejsc, ale solidne porządki w kuchni nawet, jeśli będzie to wymagało czasu i okaże się dość męczące. Uwierzcie, walka z rojem much też męczy!

Po drugie – odkurzanie
Z dorosłymi muszkami można walczyć na wiele sposobów, ja jednak przekonałam się, że szczególnie skuteczny może być przede wszystkim odkurzacz. Tu pierwszym krokiem jest ustalenie, gdzie muszek jest najwięcej, dobrze więc zabawić się w biologa i poznać ich nawyki. Czasem pomocne okazuje się też przygotowanie pułapki (ja używałam w tym celu cytryny), żeby wybawić je z ukrycia i zaprosić do współpracy. Gdy już znaleźliśmy dorosłe osobniki, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko… poodkurzać je. Metoda może nie jest humanitarna, ale charakteryzuje się dużą skutecznością, a przecież im mniej jest w naszym domu dorosłych osobników, tym mniej będzie w nim również larw. I tu jeszcze jedna uwaga – odkurzanie musi być czynnością wykonaną z dużą dokładnością, a i tak nie mamy wcale pewności, że uda się nam osiągnąć oczekiwane rezultaty za jego pomocą. Warto więc zapamiętać, gdzie muszek było najwięcej i odwiedzać takie miejsca w towarzystwie odkurzacza nawet cztery lub pięć razy w ciągu dnia.

PS. wiem że zdjęcie muchy a nie muszki owocówki ale ja fotki nie zrobię a w google nic nie ma :{

Jeśli nie kawa, to co?

Ostatnio pisałam Wam o zdrowym odżywianiu. Niestety… Każdy ma swoje małe słabostki, w przypadku których jest przekonany, że są niewinne. A jednak sumienie, instynkt, czy też przeczucie podpowiadają nam, że walka z nimi może okazać się znacznie lepszym posunięciem niż udawanie, że nie mamy z nimi problemu. Moją jest kawa. Szczególnie ostatnio: odkryłam w sobie inwestora! Temat obracania pieniędzmi – dużo informacji o obracaniu walutami znajdziecie na stronie Forex – wydaje się być prosty. kupuj tanio, sprzedaj drogo. Jasne… kiedy zaczynam zagłębiać się w ten temat, zwykle kończę o 2-3 nad ranem. A pomaga mi w tym oczywiście kawa 🙂

Znajomym trudno uwierzyć, że do dwudziestego roku życia nie piłam jej w ogóle, choć, gdyby odrzucili schematyczne myślenie, być może nie byłby to aż tak duży problem, jak mogłoby się to im wydawać. Nie jestem jakąś smakoszką kawy i z pewnością nie dostrzegam wielu subtelnych różnic pomiędzy jej rodzajami. Lubię po prostu jej zapach i smak oraz to, jak stawia mnie na nogi, choć w tym ostatnim przypadku skłonna jestem podejrzewać, że chodzi bardziej o siłę sugestii niż o rzeczywiste działanie.

Kawa pita w nadmiarze zdrowa jednak nie jest, dlatego, przynajmniej raz na jakiś czas, decyduję się na przerwę w jej spożywaniu i szukam rozwiązań alternatywnych. Mam już nawet na tym polu pewne sukcesy, którymi mogę się z wami podzielić.

Yerba Mate

Z herbatą z liści ostrokrzewu paragwajskiego mam dwa rodzaje doświadczeń. Szczęśliwie lub nie po raz pierwszy poznałam Yerba Mate dokładnie w takiej postaci, w jakiej powinna być podawana. Mój były chłopak posiadał nie tylko zestaw do jej parzenia, ale i niesamowitą cierpliwość, która pozwalała mu utrzymać odpowiednią temperaturę wody, mogłam więc przekonać się, że napój jest nie tylko rzeczywiście skuteczny, ale i smaczny. Niestety, choć o parzeniu yerba mate nadal wiem znacznie więcej niż spora grupa Polaków, nie mam cierpliwości i samozaparcia, które pozwalałyby mi robić to naprawdę dobrze. Oczywiście, moda na yerba mate sprawiła, że herbaty o takiej nazwie można dziś kupić w saszetkach w każdym większym sklepie spożywczym. Możecie się domyślić, jak bardzo byłam z tego zadowolona. A jednak okazało się, że moje zadowolenie zgasło natychmiast po przygotowaniu pierwszego kubka (napisałabym – filiżanki, ale herbatę z filiżanki piłam może dwa razy w życiu). Herbata była smaczna (wspominałam, że nie mam dużych wymagań i nie jestem typem smakosza?), ale całkowicie pozbawiona swojego pobudzającego działania.

Zielona herbata

W przeciwieństwie do yerba mate, po zieloną herbatę sięgam już od dawna i robię to z dużą regularnością. Naukowcy zwracają uwagę, że napój jest bogaty w tainę, a więc w substancję, która potrafi niwelować zmęczenie i zwalczać uczucie senności, ja jednak jestem przede wszystkim entuzjastką smaku i działania moczopędnego herbaty zwłaszcza, że miewam czasem problemy z zatrzymywaną przez organizm wodą. Trudno mi wypowiadać się na temat pobudzających właściwości zielonej herbaty. Pijąc ją nie czuję żadnej poważniejszej różnicy, a już na pewno nie mogę porównać jej do tej, jaką gwarantuje mi poranna kawa. Po raz kolejny mam jednak wątpliwości, czy jest to dowód na nieuczciwe działania naukowców. Bardziej prawdopodobne jest to, że herbata musi być napojem rzeczywiście wysokiej jakości, kupowanym nie w sklepie spożywczym, ale w takim punkcie sprzedaży, gdzie jakość ta jest uważana za znak rozpoznawczy. I z pewnością, tak samo, jak ma to miejsce w przypadku yerba mate, to, jak jest przygotowywana, nie jest wcale pozbawione znaczenia.

Kiedy organizm odmawia posłuszeństwa

Nie bójcie się. Nie będę tutaj pisała o jakichś problemach starczych, kiedy wysiadają stawy i trzeba wymienić sporą część biodra. Nie chcę też się  rozpisywać o osobach, które w miesiąc chcą dorobić się szcześciopaka różnymi śmiesznymi metodami zza oceanu i nagle okazuje się, że trafiają do szpitala z powodu wycieńczenia. Zresztą co ja, młoda i jakoś niespecjalnie sportowa osoba miałabym o tym wiedzieć? Mnie dopadła zupełnie inna sytuacja, o której chcę napisać właśnie dlatego, że jest ona bardzo normalna i jeśli przez jakiś czas będziemy żyć trochę za szybko, każdego z nas może ona dorwać.
Moje Zycie jest aktywne głównie z tego względu, że mam łącznie trzy różne prace, które oczywiście nie zajmują mi dziennie po osiem godzin każda. W każdej jestem od dwóch do czterech godzin i średnio mi tak wychodzi osiem-dziewięć godzin na dobę. Sęk w tym, że wszystkie one są w ruchu. Trzeba tu pobiec, tam coś załatwić, tutaj coś zanieść i dopilnować, by zostało to zaakceptowane oraz odpowiednio opieczętowane, a na koniec dnia jeszcze trzeba zrobić obchód po różnych miejscach. Tak to już jest.

Oprócz tego mam jeszcze swoje życie prywatne. Wieczorem lubię wyskoczyć na rower z przyjaciółką, mój facet jest wielkim zwolennikiem różnych treningów i jeśli rano mam czas, przyłączam się do niego na pół godzinki na basenie. Do tego zabiera mnie na różne dziwne rzeczy, jak na przykład w zeszłym tygodniu do stadniny koni lub dwa tygodnie prędzej do parku linowego. Nic oczywiście ekstremalnego, ale w ciągu dnia się zmęczę, potem jeszcze doprawię się czymś niezwykłym dla mojej małej mnie, porobię sobie jakieś zakwasy, w moim stylu poobijam się o meble czy tak jak ostatnio, dość porządnie poodgniatam się na koniu. Szybka jazda to nie przelewki.

Miałam dzień jak co dzień. Wróciłam z pracy, poszłam jeszcze na małe zakupy i mnie zmorzyło. Położyłam się na kanapie. Miałam do przygotowania jeszcze dwie rzeczy na jutro, więc pół godzinki pospać i miałam wrócić do normalnego dnia. Nie byłam z tego powodu jakaś nieszczęśliwa, bo lubię moje życie zawodowe i na pewno psychicznie mi to nie ciążyło. Miałam ołowiane nogi, więc zwyczajnie dałam im trochę odpocząć.

Obudziłam się o drugiej w nocy i czułam się, jakbym miała umierać. Bolało mnie wszystko i wcale nie tylko siniaki ponabijane w różny sposób. Pękała mi głowa, paliły stawy, czułam kucie w gardle jak przy anginie. Ogólnie katastrofa. W organizmie się wszystko skumulowało i następnego dnia musiałam wziąć wolne. Andrzej powiedział mi potem, że to objawy podobne do przetrenowania i powinnam się cieszyć, że nie czuję nudności. Czułam, ale już nie chciałam go straszyć. Dał mi jakieś swoje odżywki, dał napoje izotoniczne i za dwa dni mi całkiem przeszło, ale teraz już wiem, że normalnym życiem też można się wykończyć. Dlatego teraz już nigdy nie mam wyrzutów sumienia, kiedy wyciągam od czasu do czasu kopytka na kanapie i oglądam cały sezon serialu w jeden wieczór. To też sposób na dbanie o siebie.

PS. zapraszam na bloga koleżanki. Dużo informacji o zdrowym odżywianiu i pozytywnym podejściu do życia! 🙂

Przerwa!

Witam po 2-miesięcznej przerwie (listopad-styczeń). Niestety po prostu zabrakło mi czasu na bloga. Ale spokojnie, już nadrabiam! Mam nadzieję że tym razem bardziej regularnie (-;

Miłość na odległość, czyli dylematy nie tylko nastolatków

Ostatnio żartowałam sobie, że jestem w stanie stworzyć listę tematów poruszanych w naszym biurze i podzielić ją tak, żeby przypisać je do pór roku. Rzeczywiście, jesteśmy dość powtarzalni nawet, jeśli nie rozmawiamy o tym, jak bardzo jesteśmy niedoceniani i jak bardzo nasza sytuacja jest niesprawiedliwa w porównaniu z położeniem osób zatrudnionych w innych działach. Teraz, gdy wakacje powoli przechodzą do historii, dzieci wracają do szkół, a szef z nową energią bierze się za próby pobudzenia naszej aktywności, modnym tematem jest miłość na odległość.

Warto zacząć od tego, że, bez względu na to, jak bardzo ironicznie nie podchodzilibyśmy do związków na odległość, znajdujemy się w położeniu znacznie lepszym od tego, jakie było udziałem pokolenia naszych rodziców, o dziadkach nawet nie wspominając. Gdy mój dziadek poszedł do wojska, mógł, co najwyżej słać babci zapewnienia o miłości w namiętnych listach. Miał trochę więcej szczęścia niż inni jego rówieśnicy, pani jego serca mieszkała bowiem w tej samej wsi, co on. Gdzie tu szczęście? Cóż, w czasach, w których nikomu nie śniły się nawet komunikatory internetowe, a ludzie pisali sobie listy była to gwarancja, że ktoś, mniej lub bardziej życzliwie, doniesie mu o ewentualnej niewierności ukochanej.

I tu okazuje się, że choć czasy się zmieniają, a problemy komunikacyjne z wolna przechodzą do historii, pewne kwestie pozostają niezmienne. Statystyki potwierdzają, że w miłości już od lat poszukujemy wierności i zaufania. Obie cechy były istotne dla naszych przodków, a i nam trudno wyobrazić sobie, że prawdziwe uczucie mogłoby obejść się bez nich.

Tak naprawdę, pewności nie ma nigdy i chyba każdy z nas przeżył w swoim związku momenty, w których trudno było mu poradzić sobie z mniej lub bardziej uzasadnioną zazdrością. Krew się burzyła, a gniew nie pozwalał racjonalnie myśleć nawet pomimo tego, że partner był tuż obok dając gwarancję możliwie szybkiego wyjaśnienia ewentualnego nieporozumienia. A co robić, gdy ukochany znajduje się kilkaset kilometrów dalej, a nas trawi gorączka, niepewność łamie nam serce, a każda informacja jest interpretowana na wiele sposobów? Możemy potajemnie zacząć śledzić telefon naszej miłości, podobnie jak telefon dziecka o czym pisałam ostatnio. Możemy być też bardziej perfidne i zainstalować w nim np: aplikację która nazywa się szpiegowanie sms. Prawda że straszna? To tylko przykładowa, poszukajcie w Google – takich programów są setki! tym samym musi być na nie ogromne zapotrzebowanie. A skoro inne osoby korzystają to Wy też możecie…

Oczywiście, jako przeciwniczka generalizowania, instynktownie przeciwstawiam się wnioskom, które znajdują zastosowanie bez względu na okoliczności. Każda para jest inna. Jednej udaje się budować wierność i zaufanie mimo odległości, a inna ma z tym problem nawet pomimo tego, że ukochany jest niedaleko. Miłość na odległość ma więc szansę na przetrwanie, ale na pewno nie jest to uczucie łatwe nawet w dobie komunikatorów. Przy moim temperamencie i skłonności do analizowania każdego szczegółu pod kątem najbardziej ponurych scenariuszy, sprawdziłaby się tylko na krótką metę, jako zło konieczne, choć jestem przekonana, że wiele osób poradziłoby sobie z oddaleniem znacznie lepiej.

I jeszcze jedna refleksja. Miłość na odległość to jeden z tych tematów, które były, są i chyba już zawsze będą kontrowersyjne. Nie ma tu prostych rozwiązań i schematów. Zawsze warto więc dać sobie szansę. Nawet, jeśli inni uważają, że to wcale nie musi się udać.

Azjatyccy miliarderzy

Azja, dla nas Europejczyków, jest niejednokrotnie wielką zagadką. Podczas gdy w Europie powstała moda na zapożyczanie zachodnich upodobań, kraje azjatyckie wydają się być bardzo mocno przywiązane do swojej kultury i korzeni. Kraj, który jest zagadką dla wielu uczonych, zarówno socjologów, psychologów, ekonomistów jak i polityków to Chiny – kraj, który z roku na rok albo nawet z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej wpływowym państwem na arenie międzynarodowej. Nie chodzi tu tylko o kwestię demografii, o to, że w Chinach żyje ponad 1,3 mld ludzi. Najbardziej znaczącym czynnikiem, który decyduje o pozycji tego państwa jest rozwój gospodarczy. Tempo przyrostu PKB, patrząc zarówno na poziom całkowity jak i per capita, jest co najmniej zadowalający. To, w jaki sposób i w jakim czasie organizuje się różnego rodzaju przedsięwzięcia, w jaki sposób tworzy się nowe technologie, rozwiązania jest po prostu niesamowite.

Co roku biznesowy magazyn „Forbes” publikuje listę najbogatszych obywateli danego państwa. W Polsce, jak wiadomo, w czołówce znaleźli się Kulczyk, Solorz-Żak, Czarnecki czy Sołowow. Majątki najbardziej zamożnych Polaków opiewają na kwotę kilku, maksymalnie, kilkunastu miliardów zł. Precyzując, majątki 20-tu Polaków wynoszą przynajmniej miliard złotych. Jak jest w Chinach? Na liście opublikowanej przez magazyn znajdziemy 242 Chińczyków z „miliardem w kieszeni”. Co więcej, 258 obywatelom Chińskiej Republiki Ludowej zabrakło kilku milionów, by dołączyć do grona najbogatszych. Ktoś powie – takie porównywanie nie ma sensu, bo liczba ludności w Polsce i Chinach jest diametralnie różna. Odpowiadam – owszem… Jeśli jednak chcemy porównywać kraje ze względu na liczbę ludności możemy przecież wziąć „pod lupę” Indie. Wtedy zobaczymy, że wielkość populacji i liczba najbogatszych obywateli to dwie różne rzeczy. Oczywiście, nie wykluczam występowania jakiejś korelacji między tymi statystykami, jednak populacja z pewnością nie jest jedyną determinantą sukcesu najbogatszych Chińczyków.

Wielu ludzi twierdzi, że Chiny, ponieważ są państwem komunistycznym, powinny rozwijać się gorzej niż kraje, które mogą szczycić się występowaniem gospodarki wolnorynkowej. Z tego co możemy zaobserwować, chińska gospodarka nie tylko nie jest gorsza od innych gospodarek, ale jest ona jedną z najbardziej dynamicznych i stabilnych gospodarek na całym świecie. Skąd się to bierze? Moim zdaniem Chiny potrafią osiągnąć synergię z połączenia komunistycznych tradycji (zasad) i osiągnięć dziewiętnastowiecznego liberalnego kapitalizmu. Model hybrydowy, który prezentuje dziś Chińska Republika Ludowa, to jedno wielkie, doskonale zarządzane przedsiębiorstwo. Chińczycy nie mają problemu z określeniem co do kogo należy – wszystko jest państwowe. Co więcej, obywatele Chińscy mają jeden cel – poprawiać swój byt, osiągać większe zyski, a wszystko to dla wspólnego dobra.  Mam dwoje znajomych z Chin i to, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to sposób w jaki każde z nich wypowiadało się o swojej ojczyźnie– „w naszych Chinach”, „nasz kraj”  itp.

Każde z nich, opowiadając o największych osiągnięciach Chińczyków, mówiło z pasją, zaangażowaniem i radością. Można było odnieść wrażenie, że mówią o swojej rodzinie, o najbliższych i cieszą się ich sukcesami. Być może właśnie takie nastawienie, takie poczucie wspólnoty i chęć tworzenia lepszych warunków do życia, jest receptą na rozwój i dostatnie życie? Być może brak możliwości przepychanek o władzę to coś, co pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze i energię potrzebną na wymyślanie coraz to nowszych rozwiązań i technologii.

Nie warto rozpamiętywać

Przyłapałam się ostatnio na czymś strasznym. No, może nie aż jakoś tak strasznie strasznym, ale dowiedziałam się o sobie czegoś nowego. Potem poczytałam trochę na ten temat i okazało się, że nie jestem jedyną idiotką na świecie, tylko po prostu my, ludzie, a w szczególności kobiety, mamy bardzo dziwny „talent”, który może nam płatać figle. Chodzi o rozpamiętywanie. Ale zacznę od początku.

Początek był dawno, bo blisko 15 lat temu na weselu mojej ciotki. Ja, nastolatka, poznałam tam fajnego chłopaka. Byłam w tym wieku, że za dużo jeszcze nie myślałam, ale już dużo chciałam, co w towarzystwie alkoholu zazwyczaj jest sytuacją dość problematyczną. Skończyło się na opcji mniej złej, czyli po prostu bardzo poważnie pokłóciłam się z chłopakiem, z którym wtedy byłam i niestety zrobiła się scena. Ludzie mieli ubaw, a ja wstydziłam się przez lata. Najgorsze było chyba to, że wszystko zostało nagrane i pojawiło się na wersji „long” kasety z wesela.

Za każdym razem, kiedy pojawiała się jakaś okazja do spotkania z rzadziej widziana rodziną, strasznie to rozpamiętywałam. Przed spotkaniem z dziadkami w ostatnim miesiącu też, ponieważ zawsze ktoś tym wspominał. Nie jakoś bardzo wypominał, ale był to taki rodzinny żarcik, którego nikt mi nie mógł odpuścić. Po prostu zadręczałam się tym wspomnieniem przed każdym takim spotkaniem.
W czasie wspomnianej wizyty u dziadków w zeszłym miesiącu po raz pierwszy zobaczyłam kasetę z nagraniem. Prędzej nie mogłam tego zrobić, bo wiecie, wstyd. Tym razem wzięli mnie z zaskoczenia i wiecie co? Nie było tam ani 1/3 rzeczy, które sobie wyobrażałam i pamiętałam. Naprawdę pamiętałam rzeczy, które wtedy się nie wydarzyły! Naprawdę!!!

Sprawdziłam też profil delikwenta na Facebooku*** i generalnie wygląda zupełnie inaczej niż go zapamiętałam. Ok, nos ten sam, fryzura podobna ale cała reszta jakaś taka obca. I uwierzcie w to że mamy podobno dobrą pamięć.

**i się nacięłam na lipną stronę która miała mi pokazać czy dany profil (w tym wypadku profil tego chłopaka) kiedykolwiek odwiedzał mój profil. 30PLN wyparowało z konta. Tak, wiem że są strony pokroju Fejs-podglądacz ale działam raczej w przypływie emocji, nie sprawdzając co i jak… Powiecie że coś ze mną nie tak?

Wcale nie jestem wariatką, bo skonsultowałam się ze znajomą psycholog i wychodzi na to, że jak baba coś rozpamiętuje przez dłuższy czas, zaczyna sobie dopowiadać niestworzone rzeczy. Chcecie wiedzieć jaka jest skala tego dopowiadania sobie? To już wam mówię, bo wymiana zdań między mną chłopakiem trwała może jakieś 20 sekund, a mi się wydawało, że wrzeszczeliśmy po sobie jakieś 5 minut.

Wszystkiemu winne tutaj emocje, bo kiedy się nastawiam, że było bardzo źle, a w pamięci jednak aż tak źle nie było, to z czasem wszystkie dziury sklerotyczne zapełnione są przez wersję pasującą do ogólnego założenia o wielkiej tragedii. Gdyby nie kaseta, dalej bym się męczyła.

ps. zdjęcie wpisu może nietrafione ale innego nie mogłam znaleźć 🙂

Nie kupujcie oryginalnych perfum

Wybierając się ostatnio do sklepu z kosmetykami pomyślałam, że trzeba pomyśleć o zmianie zapachu i zaczęłam szukać dla siebie jakichś dobrych perfum. Okazało się, że rzeczywiście jest kilka fajnych zapachów, jednak jak pani ze sklepu powiedziała mi ile one kosztują to byłam nieco przerażona (tak, aż wstyd przyznać ale dawno nie byłam na „zapachowych” zakupach – korzystałam z licznych prezentów :)). Jednak wzięłam kilka próbek i byłam nastawiona na kupno jednych perfum  ale w domu chciałam sobie jeszcze na spokojnie przemyśleć, które konkretnie najbardziej mi odpowiadają.

Tego samego dnia spotkałam się ze znajomym, który wyprowadził mnie z błędu i powiedział, że kupowanie perfum w takich sklepach to głupota. Jeśli już tak bardzo chciałam oryginalne perfumy to skierował mnie do jednego ze sklepów internetowych. Rzeczywiście przejrzałam na szybko ofertę i się okazało, że perfumy można tam kupić nawet o połowę taniej. Jak sobie pomyślałam jaką marżę mają te największe sklepy to się przeraziłam.

Ostatecznie jednak przekonał mnie do jeszcze innego rozwiązania. Mianowicie zdecydowałam się na zakup zamienników. Już jakiś czas temu kupowałam zamienniki i nie byłam do końca zadowolona. Tym razem jednak zaoferował mi perfumy FM, które sprzedawane są w ramach grupy MLM i przygotowane są w formie zamienników. Cena była jednak wyższa niż tych zamienników, których próbowałam do tej pory i jakość też miała być lepsza. Zdecydowałam się na zakup skoro już ta cena oryginalnych mnie tak przeraziła i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Perfumy rzeczywiście odzwierciedlają mój ulubiony zapach w 100%. Są naprawdę bardzo dobre i widać, że firma wie co robi. Ale co najważniejsze zaskoczyło mnie to, że są to zamienniki, a jednak zapach tych perfum trzyma się tak długo.

Do tej pory nie zauważyłam jakoś szczególnie by zapach utrzymywał się krócej niż w przypadku perfum oryginalnych. Dlatego wszystkich zachęcam do kupowania perfum FM, jeśli szukacie jakiegoś dobrego i taniego zapachu, który będzie w stanie was rzeczywiście zadowolić. Dla mnie firma FM to rzeczywiście producent, który potrafił stworzyć dobre i trzymające się perfumy.

PS. wbrew temu co sobie teraz myślicie, ten wpis nie jest wpisem sponsorowanym: po prostu uważam że trzeba promować dobre produkty. Jeśli macie lub miałyście kontakt z alternatywami perfum FM’u np: Avon, dajcie znać których dokładnie korzystacie – postaram się je zrecenzować na blogu 🙂

Jak pilnować dziecko

Coraz częściej słyszy się o tragediach z udziałem dzieci. Zarówno maluchy jak i dzieci w wieku gimnazjalnym są ofiarami porwań, uprowadzeń, gwałtów itp. Być może to, co napisałam brzmi okrutnie i tragicznie, ale niestety – należy wiedzieć co się dzieje wokół nas i próbować stawić czoła tego typu problemom. Kiedy słyszy się w telewizji o kolejnym zaginięciu dziecka, pierwsza myśl to często – Boże, jak dobrze, że nie przydarzyło się to mojej rodzinie. Jaka jest druga myśl? Zazwyczaj bywa to strach pomieszany z paniką, a więc – co zrobić, by uniknąć takich sytuacji, jak pilnować swojego dziecka, by nie doszło do tragedii?

Jeśli mam być szczera, to powiem tak – nie da się upilnować dziecka. Nie ma takiego sposobu, by kontrolować dziecko w stu procentach. Nawet jeśli będziemy mieli w telefonie aplikację (np: ostatnio bardzo popularna appka Lokalizacja Telefonu Dziecka z której sama korzystam i generalnie polecam – mimo kontrargumentów poniżej – lepsze jest „mniejsze zło”), która pomoże nam zlokalizować nasze dziecko, to i tak w pełni nie będziemy wiedzieli co się z nim dzieje. Poza tym, nie można ograniczać dziecku wolności, nie można przykazać, by bawiło się jedynie na swoim podwórku lub w swoim domu. Takie zachowanie, nadmierna opiekuńczość i nadwrażliwość, może doprowadzić do buntu dziecka. Jeśli będzie więcej zakazów niż praw, to można się spodziewać, że dziecko nie będzie nas słuchało, że będzie uciekało z domu do kolegów i koleżanek… A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem rodzice pozwalali mi na wiele rzeczy, ale zawsze były stawiane jakieś warunki. Mogłam odwiedzać koleżanki czy kolegów, ale musiałam wrócić o zapowiedzianej godzinie. Moje maksymalne spóźnienia mogły wynosić 5-10min. Nie było mowy o tym, żebym spóźniła się pół godziny, bo mogłam zapomnieć o kolejnym wyjściu z domu. Co ciekawe, minęło kilkanaście lat, wyszłam za mąż, a jednak nadal mam nawyk kontrolowania godziny. Wiem o której chcę być w domu i moje plany zawsze muszą mieć pokrycie w rzeczywistości.

Oprócz punktualności, rodzice nauczyli mnie, że muszę mówić kogo chcę odwiedzić, z kim się będę bawić i w jakim miejscu. Dzięki temu, zawsze wiedzieli gdzie jestem. Jeśli miałam ochotę dłużej zostać u koleżanki/kolegi musiałam zadzwonić do domu żeby zapytać o pozwolenie. Tak minęły lata dzieciństwa. Dzięki temu, że miałam dobry kontakt z rodzicami zawsze czułam się bezpiecznie a rodzice nigdy nie musieli mnie kontrolować. Wiedziałam jakie są zasady, czego należy przestrzegać. Rodzice znali moje prawa i zawsze dotrzymywali słowa. Dzięki temu, żadne z nas nie czuło się oszukane, wręcz przeciwnie – byliśmy zadowoleni, że nasza „współpraca” przebiega tak pomyślnie.

Zmieniamy nawyki… mentalne

Jeden z moich kolegów jest trenerem osobistym, zajmuje się jednak nie pracą nad sylwetką swoich klientów, ale nad ich nastawieniem do siebie i do świata. Zazwyczaj podśmiewamy się nieco z pracy, którą wykonuje i z samych jego klientów, choć oczywiście, robimy to w dobrotliwy sposób szanując już choćby samo jego zaangażowanie. Nie tak dawno temu kolega (piszący bloga o przysłowiowym tyłku-mandaryny jednak czasami pisze o faktycznie ciekawych rzeczach – polecam dodać do facebooka) podrzucił mi zarys podręcznika swojego autorstwa, trochę po to, żebym zerknęła na styl, w jaki został napisany, a trochę właśnie po to, aby poznać opinię na jego temat wygłoszoną przez czytelnika, który nie poświęca dużo uwagi pracy nad sobą. Pożartowaliśmy sobie, że zafundował mi darmowy trening, muszę jednak przyznać, że lektura okazała się o wiele bardziej zajmująca niż się tego spodziewałam.

Zazwyczaj nie zastanawiam się nad swoimi nawykami mentalnymi. Jestem nawet nieco zdumiona, gdy poruszamy tego rodzaju tematykę. Okazuje się jednak, że są one zakorzenione tak samo silnie, jak zwyczaj mówienia „dzień dobry” sąsiadom spotykanym w windzie, a nie wszystkie są tak samo pozytywne, jak kulturalne zachowanie w wieżowcu.

Kluczowe znaczenie ma w tym kontekście myślenie o sobie i choć wydaje się, że powiedziano już wiele na ten temat, sama muszę przyznać, że nadal nie wcielam w życie wszystkich zaleceń pojawiających się w tym kontekście. Nie raz krytykuję tak swój wygląd, jak i zachowanie, zdarza mi się przy tym nie kryć zaskoczenia, gdy okazuje się, że nie tylko zrobiłam coś dobrze, ale również zostałam za to pochwalona. A przecież przekonanie o tym, że jestem dobra, otwarta i gotowa na zmiany nie jest takie trudne i wcale nie jest dalekie od prawdy. Złe myślenie o sobie nie wynika przy tym z pokory lub szacunku do innych. Prawda jest znacznie bardziej przygnębiająca, w zdecydowanej większości przypadków jest bowiem przede wszystkim furtką ułatwiającą usprawiedliwianie się. „Jestem tak beznadziejna, że po prostu nie mogło mi się udać, nie?”. Prawda, jakie to proste?

Innym nawykiem mentalnym, który warto zmienić jest przywiązanie do schematów i utartych ścieżek. Powtarzamy pewne gesty, słowa i zachowania nie dlatego, że uznajemy takie zachowanie za słuszne, ale dlatego, że działamy w ten sposób od lat, a skoro tak długo było to rozwiązanie, które funkcjonowało, nie ma żadnego powodu, dla którego mielibyśmy to zmieniać. Niestety, często sami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele tracimy. Raz na jakiś czas warto więc zrobić coś, czego sami się po sobie nie spodziewamy pod warunkiem, że będzie to zachowanie pozytywne. Może warto więc podziękować za wsparcie koleżance z pracy, która wykonuje naszą pracę, gdy nas nie ma albo pójść na spacer okrężną drogą wracając z pracy. Nawet tak drobne działania mogą być wstępem do nowych doświadczeń, które przyniosą nam nowe, niezapomniane wrażenia.

Pogoń za szczęściem wcale nie musi zawsze kończyć się niepowodzeniem!